Szutermaster i Herreria, czyli kawa w sporcie.
Szutermaster i Herreria, czyli kawa w sporcie.
Jakoś tak przez tego wirusa niedosyt jazdy w tym roku. Wiosna leniwa, zakaz jazdy, brak zakazu jazdy, motywacji jakoś brakowało. Nie powiem, aby e-lekcje dzieciaków pomogły, czułem się jak nauczyciel dorabiający po godzinach na swój pierwszy samochód. O rowerze w tygodniu można było zapomnieć, w weekend zaś się czułem się jak po dobrej robocie na budowie i nie chciało się.
Ale… zleciało do wakacji, dzieciaki do babci, my solo w domu, przynajmniej taki był plan. Oczywiście nie wyszło.

No ale… za to sezon gravelowy otworzył się zacnie. Najpierw Pomorska500 – totalna destrukcja psychiki i roweru. Przynajmniej tak to zapamiętam. A na pewno przeznaczenie zapamiętało ilość moich przekleństw i szybko zostałem ukarany na Wisła1200 już na drugim zjeździe. Do końca maratonu zmieniałem dętki 5 razy. Obiecałem sobie, że nie będę przeklinał już żadnej trasy i wezmę swój krzyż na ramiona takim jaki mi organizator zafunduje.
 
Szybka negocjacja z małżonką czy i tym razem mogę jechać na maraton poprzedzona listą obietnic zrobienia w domu tego i owego … dokonało się. Zgoda jest. Jeszcze jej nie powiedziałem o PGR, Pyra, Great Lakes Gravel, Carpatii i dwóch kolejnych etapach.
 
Szuter Master
 
 
 
 
 
ale … po co denerwować Godzillę.
 
Jadę do Iwonicza Zdroju. Wstyd się przyznać, ale tyle lat jeżdżąc w Bieszczady omijałem szerokim łukiem. Ni to Beskid ni to Bieszczady, jechało się dalej.
Miasteczko urokliwe. Brak tutaj typowej góralskiej betonozy popartej solidną porcją chorych cen wszędzie. Cisza i spokój. Klimat i retro. Czy tutaj komuna się skończyła, czy już doprowadzono skutecznie do „państwa w ruinie”? Chyba jednak zdrowy rozsądek i retro wygrało.
Brawo. Po Krynicy to drugie miasto które mam nadzieję nie straci na klimacie.
Idę na start, szybka rejestracja. Jakoś tak mało tych ludzi w tym biurze, a i organizator jakiś taki mało znany. Ale od słowa do słowa i zaczynają wychodzić fakty i większe fakty. Pada w końcu magiczne Łemkowyna Ultra Trail i wszystko się wyjaśnia. Wprawdzie nie biegłem nigdy i oby się to nie zdarzyło (bo biegać nienawidzę), ale słyszałem od znajomych ogarniętych nałogiem biegania, że tam jest zacnie.
Idę spać w poczuciu, że to może być pierwszy gravelowy wyścig … G R A V E L O W Y!!! Ogarniacie?
No wtedy ja też nie. W biurze pozwoliłem sobie poczynić delikatną obietnicę urwania tego i owego jeśli na metę wrócę w stanie z Pomorskiej albo Wisły. Org zapewnił, że ZROBIŁ wszystko co w jego mocy, aby jutro móc mieć wszystko na swoim miejscu do końca dnia. Tia … znajdę cię i tak, i wypełnię przepowiednię. …
 
Skracając.
 
Poranek. Ustawiamy się na starcie. Wielu nas nie ma, będzie z 10, 20, no może 25 osób. Miny nas wszystkich deczko nietęgie. Czyli jednak będzie błoto, będą kamienie, góry i będzie maraton MTB dla fulla. No nic. Zapłacone, przyjechane trzeba jechać.
Ruszamy.
 
 
 
Po początku typowym dla każdego biegu, maratonu MTB czy ultra gravelowego maratonu mamy asfalcik. Gładko, równo, pod górkę . Pod górkę na gravelowym maratonie? Aaa no tak, górska edycja. Ale narzekałem pod górkę na asfalcie, to już po paruset metrach zjeżdżamy pod górkę na szuter. Deko fukania, a że pod górkę, a że kamienie, a z górki woda zrobiła rowki. Pierwsi zawodnicy zaczynają mijać moje 100kg i nagle ... wypadeczek. Długi szutrowy zjazd, ostry zakręt w prawo i jeden z kolarzy jednak przestrzelił zakręt. Zaczyna się zacnie. Jest szuter, jest sucho, jest prędkość. Kurde ... jest dobrze. Jest … idealnie!!! No jest !! Jak w Nowakach https://www.youtube.com/watch?v=Aqgg_SXyAP8 5minuta skeczu dla tych co nie kumają. 
 
Po kolejnych zakrętach i zjechaniu z Żabiej Góry zjazd na asfalt, zaczynamy małą wspinaczkę, by po chwili przez Cichoniówkę, Kilarówkę, Kaniówkę pięknymi szutrowymi leśnymi duktami zjechać do Zawady Rymanowskiej. Potem szutrówka, znowu asfalt i pierwszy bufet nawet nie wiadomo kiedy pojawia się na 20 km. Decyduję, że jadę dalej - błąd nr 1 popełniony, zemści się jeszcze. Oczywiście chodzi o wodę. Ale mijam ekipę z poczytnego magazynu rowerowego (tutaj ukłony ku niemu). I zaczynam walkę aby dojść do kolegi którego widzę na horyzoncie. To dochodzenia będzie się ciągnęło kolejne 40km aby ostatecznie ... ale nie uprzedzajmy faktów. Tak więc wracamy do akcji sprzed bufetu. Z kolejnego krótkiego asfaltu wjeżdżamy w kolejną rewelacyjną szutrówkę pomiędzy Kiczerką, a Lichaczem (czemu ja tutaj nie chodziłem po górach?). jedziemy i jedziemy i jedziemy. Jestem w Gravelowym niebie!!!! Na 17 km wbijamy na asfalty. Robią się 2-3 pociągi i zaczynamy się gonić. Kij, że na 30-50km dystansach MTB umieram na takich drogach, ale adrenalina robi swoje. Gonimy.

Na 20km bufet, wodę w bidonie mam, nie ma co stawać, żarcia wziąłem jak na Wisłę. Do wyboru do koloru. Decyzja: jadę. Niech stają. Po jakichś 500m podnoszę do picia drugi bidon i jakie zdziwienie, pusty. Pokarało kozaczenie. Następny bufet za 40km. Na jednym bidonie nierealne. Zaczyna słoneczko fajnie dogrzewać, a stawać na 100km trasie maratonu do sklepu po wodę to trochę obciach. Będę cierpieć. Jeszcze nie wiem, że po drodze nie będzie sklepu. Ale … jedźmy dalej.
 
Znowu uciekamy z asfaltu na kolejną zacną szutrówkę. No dobra zacna i mocna górka po dużych kamieniach wystarczająco sprowokowała do rzucenia $&@^*@ i stwierdzenia, że miał być gravel a nie mtb. No nic podjazd zrobiony i uciekamy w dół po ... kurde kolejnej fajnej szutrówce. Zjeżdżamy z powrotem do Jaślisk. Po drodze mijam dwóch fotografów – wciągam brzuch może będzie fotka na fejsa. Za Jaśliskami odbijamy w kierunku Woli Wyżnej z Woli Niżnej. Wbijamy w cudowną dolinkę. I zaczynamy podjazd dziesięciokilometrowy. Jestem w Gravelowym niebie. Po drodze mijamy bobrowe żeremia, mały stawek, rzeczkę, i absolutnie zero domów. Powtórzmy … jest cudownie. Przed Jasielą dochodzi mnie w ciszy kolega, który podobno dostał ode mnie na Pomorskiej kawę nad ranem przed metą. Zabijcie … nie pamiętam żebym pił kawę przed metą a i jeszcze się nią dzielił. Ale … fakty są takie, że tak było. I świadkowie. No nic, teraz jedziemy we dwóch. Za nami grupka 4-6 osób, a przed nami podobno 13. Przynajmniej tyle naliczyłem tych, którzy mnie minęli po starcie. Nieśmiało pojawia się plan aby być w pierwszej dziesiątce. Taka sytuacja może się już nigdy nie powtórzyć. NIGDY.
Zaczynamy zjazd z Jasieli … nie uwierzycie … szutrówką. Drobny kamyczek, solidnie ubity. W tle kolega który był w Jaśliskach. Znika i gonimy go dalej. Na 43km wpadamy ponownie na asfalt. Czekaj czekaj, ja ten asfalt znam toż to moja droga z Dukli/Tylawy na Komańcze. To teraz będzie mega górka w dół. Cisnę, za mną kolega kawowy z Pomorskiej, przed nami w oddali kolega z tła w Jaśliskach. Dojdziemy go, damy radę. Przed Wisłokiem wchłaniamy go i … włącza bieg turbo i nas ponownie odjeżdża. Grzecznie zostajemy za nim. Wzorem pierwszej @wisla1200 stwierdzamy że ci przed nami mają lepsze rowery, a ci za nami mają gorszą kondycję. I klasyfikujemy kolegę przed nami do kategorii szosowców, bo wydawało nam się, że gravelowe zjazdy wychodzą nam lepiej niż jemu. Ot taka polska metoda klasyfikowania ludzi po pozorach. Do dzisiaj nie wiemy, czy mieliśmy rację, czy to on miał lepszą kondycję. Z Wisłoku Wielkiego zaczynamy ostatnią dużą wspinaczkę tego maratonu (tak nie było, ale jeszcze tego nie wiemy). Na końcówce mają być tylko dwa małe podjazdy, więc zaczynamy powoli liczyć, co i jak jeszcze można by tu taktycznie zrobić.
 
 
 
Wspinamy się, wspinamy i wspinamy …. Kurde cały czas wspinamy się szutrową drogą. Idealną, gładką, szutrową drogą. Słońce za nami. Idealnie świeci nam w plecy. Przed nami kolega w żółtej koszulce (jak bohater żółtej ciżemki), za nami … o kurde za nami w odstępach po 100-150m 4 osoby. No to jeśli nas miną to 13 + 4 daje nam miejsce w drugiej dziesiątce. Jej końcowej liczbie.
Dojeżdżamy w końcu do szczytu Wołczkowa i nasza fantastyczna szutrowa droga się kończy. Jest fotograf. Chrzanić brzuch, nie mam wody, nie mam wody. Zapytam go o wodę. Dojeżdżam do niego, wciągam brzuch i o wodę nie spytałem, jadę dalej, pstryk foto. Zaczyna się zjazd, ale jest krótki. I zaczyna się podjazd. Jeszcze trochę trzeba w tym Niebie Gravelowym się pomęczyć. A miało być tak pięknie. Na 53km wypłaszczenie, parę osób staje na … sikanie. Kurde sikają, mają czym. … Panowie ma ktoś wody, nie mam wody,. Kilka bidonów uchyla swoje wieka i dostaję w sumie prawie bidon. Zbawienie.
 
Zaraz za polanką wpadamy do lasu i zaczyna się … piękna bita droga na szlaku, trochę korzeni, trochę kamyków, ale generalnie szybko i równo. Zjeżdżamy. Oj jak ja dziękuję karcie płatniczej, że wytrzymała zakup roweru z hydrauliką. Szybko zostawiamy zbawców wodnych za sobą i żwawo zjeżdżamy w dół. Niestety zaczyna się trochę psuć droga, była zrywka. Żeby tylko nie było jakiś u**bów i błota po pachy. I ….*%#&@ jest błoto po pachy. Nie chciałem obchodzić błota, wycelowałem w przejazd gdzie powinnem się zmieścić. I się zmieściłem. Tylko że zamiast przejechać, rower zatrzymał się w miejscu dosłownie zassany po korbę w błocie. Fotka poniżej. Kolega z Pomorskiej mówi „czekaj zrobię fotkę, padniesz”. Wyszła super.
Dobra, ruszamy, bo nam Ciżemka odjechał. Gonimy go. Na wysokości Smokowisk dochodzimy do niego i na dość ciasnych i szybkich zakrętach Ciżemka zostaje za nami. Jedziemy dalej. Dolatujemy do Wisłoka … Wisłoka? Skręcamy w prawo, zaczynamy jechać wzdłuż Wisłoka i zgadnijcie, co się zaczyna …. Tak taki klimacik Wisla1200. Jednak będziemy rwać na mecie klejnoty. Całej Wisłoczej jazdy mamy … 900m. 0,1% trasy. No chyba nie warto po te klejnoty się schylać.

Dojeżdżamy do rozjazdu, za chwilę bufet, woda, kabanosy, cola. Co kto chce. Humory się poprawiają, psycha plus 5, motywacja plus pięć. I nagle z zza … no dobra zza nikąd, po prostu przed nami rzeczka, kamienie jak na downhilowej trasie. Pierwszy bród próbujemy zaatakować w korbach, bo przecież suche nogi mamy, ale po efektownym STOP na środku już nam wszystko jedno. Takich brodów mamy jeszcze 3 przed nami, na przedostatnim myśl o klejnotach została pokarana piękną dziurą w oponie. Mleko zrobiło chlup na zewnątrz i nawet szybko wyjęty gaz z kieszonki nie dał rady. No dobra, po Wiśle mam już wprawę, zmiana dętki to 10-15min max. Kurde, a jeśli nadjadą. … tak w tym momencie Ciżemka nas mija. Minus jeden w generalce. Decyzja … kolega jedzie dalej ja zmieniam dętkę widzimy się na bufecie i heja. Odjeżdża, ściągam koło, wyjmuję dętkę i nie wierzę. Dętka cała dziurawa. Umocowanie pod koszykami może i było super pomysłem, ale szybkie zjazd szutrami przestawiły niedobrze doklejoną dętkę w prawo, a nie w lewo, i zęby korby zrobiły piękny ślad. Po maratonie.
 
I wtem ukazał się … nie nie las krzyży … ukazała się grupka zostawiona na pierwszym bufecie jadąca sobie stabilnie dobrym tempem. Tak kończy się kozaczenie i nie branie na bufecie wody. Błagalne macie dętkę skutkuje pożyczeniem dętki.
Dostaję dętkę. Grupka odjeżdża, ja zostaję sam. 10min i dętka zmieniona. Gaz zużyty, po drodze okazało się że kolega stracił gdzieś na wybojach pompkę, tak więc do końca dystansu zostajemy bez pompki, bez gazu, bez dętek. Bajka.
Na bufet wbijam i oczom moim ukazuje się arbuz, cola, kabanosy, czekolada, kanapki, nie wiem co jeszcze. Biorę co dają. A dają, bo Covidowe restrykcje. Można popatrzeć, ale to pani podaje. No nic, biorę co dała. Zjadam i mrugam do kolegi okiem: dawaj jedziemy. Ciżemka wprawdzie już przed nami, ale miniemy grupkę, która mnie zbawiła przed bufetem.
 
Ruszamy. Pierwszy bród, drugi bród, … kałuża też środkiem,. Druga kałuża, środkiem. Czwarty bród. Rower czysty, ja czysty, kolega czysty, kolegi rower czysty. Zaczynamy znowu jechać … tak, tak, gravelową piekną ścieżką. I … o kurde tutaj mocno padało. Po którymś zakręcie ukazuje nam się ścieżka w górę z wyżłobioną koleiną sięgającą do … pasa. No nic, to nie wina orga, że na tak krótkim fragmencie natura pokazała swoją siłę. Niestety przestajemy być czyści, rowery także, a napęd przypomina ten z Pomorskiej. Wszystko zgrzyta, na dowolnym blacie, czy to z przodu, czy z tyłu. Frustracja 10!!! Nie przeklinam, nie fukam, nie komentuję. Nie mam czym naprawić ewentualnej kary, jaką trasa mogła by na mnie nałożyć chcąc mnie napomnieć.
Cały czas jedziemy to w dół, to w górę wzdłuż Wisłoka. Gdyby nie upieprzony napęd i głośne zgrzytanie to dalej jesteśmy „in Gravel Heaven”!
W Rudawkach wjeżdżamy na asfalt. Po paru kilometrach za namową kolegi jednak decyduję się umyć napęd, bo aż żal słuchać. Trochę lepiej, jedziemy dalej. W Wisłoczku odbijamy na orgastyczną szutrówkę w stronę kolejnej Kiczerki (to tam fotograf zrobi kilka przepięknych ujęć). W tym momencie mija nas jakiś zawodnik z krótszego dystansu, pod górkę na swoim MTB sprawnie nam odchodzi. No cóż, gravelowy kompromis ma swoje limity.
Dojeżdżamy do góry i … tak piękną szutrową drogą spadamy w dół w kierunku Królika Polskiego … jest naprawdę taka miejscowość w Polsce?
W Króliku wbijamy na asfalt. Deczko można dać odpocząć dłoniom i łydkom. Raz za razem ciśniemy. 7km do mety.
To będą jak się okazuje długie siedem kilometrów. Obaj już bez wody. Decydujemy, że kto ma parę jedzie, już nie ma jak walczyć. Z Królika uciekamy przy rzeczce Tabor w górę. Cudowna okolica. Stare domy, obejścia zadbane. Jest super. I jest ciężko. Jak się okazuje, może to i krótki podjazd, ale zdecydowanie najcięższy dzisiaj. Elegancko przed południem ze słońcem nad głową. Bez wody. „Gravel Hell”
Dojeżdżamy do samej prawie góry na Baluciance i jakby organizatorom było mało nie jedziemy 200m dalej prosto żeby wjechać na metę, ale odbijamy … tak, tak, w szutrówkę w prawo do góry. Oni mają coś wspólnego z Leszkiem Pachulskim. On szuka dróg, których nie ma, a oni szukają szutrówek. Jest i słynna wiata na Baluciance. A w niej człowiek z rodziną je posiłek. Krzyczę i błagam o wodę, a on ze spokojem „a wy z tego maratonu, a ten dłuższy czy którszy dystans, a który jesteś?”. Dzizas człowiek, zbawco mój, daj wody, nie pytaj, daj wody. Daje wody i każe mi …. Szybko jechać. Bareja!!!
Zaczynam zjeżdżać w dół i nagle ktoś mnie dogania, i mija. Zaczynam podkręcać, bo kolejne miejsce jedzie się … a gość do mnie krzyczy „spokojnie, ja z krótszego”. Chyba był deczko przerażony, jak zobaczył to, jak niestabilnie w przeciwieństwie do jego fulla jedzie gravel w dół łąki z dość dużymi dziurami. Znika mi po 400-500 metrach. Zostaję sam. Grzecznie zwalniam do gravelowej prędkości zjazdowej. Ostatnia górka, skręt w lewo. Jesteśmy na Gloriecie. Jeszcze nie wiem skąd nazwa. Zaczyna się zjazd. Kurde, deczko stromo jak na gravelowy wyścig. K…..a mega stromo, k….a korzenie , k….a mogłem wziąć fulla. A chooj przygodo, do mety może z 500-700m nawet jak złapię kapcia to dojdę w te 5min, ale jaka radocha na gębie ubłoconej z jazdy.
Zjeżdżam do samego dołu, jeszcze ostatni przejazd przez asfalt i łąką wpadam na metę. Widzę organizatora … KOCHAM GO. Piękna trasa, zacna, soczysta, szybka… taka wiecie, gravelowa. Banan od ucha do ucha.
Jestem … ósmy. 8? Naprawdę 8? Niemożliwe przecież przede mną było 13 osób. Nie … skup się … jesteś 8.
 
 

Fart jak nic, po prostu mało osób przyjechało na pierwszy wyścig. Prawdopodobnie to moje jedyne miejsce w życiu w pierwszej dziesiątce. Tak więc nie myślcie, że ze mnie jakiś Buczek czy Mossoczy.

Jeśli ktoś pomyślał, że wzorem innych maratonów tutaj następuje wręczenie stosownych nagród i rozjazd do domu to … się głęboko myli. Wszyscy jedziemy na nocleg się przebrać i umyć albo zostajemy na miejscu i o 16 rozpoczyna się biesiada przy ognisku, gorącej płycie z kucharzem. Końcówka, która powinna być na każdym takim wydarzeniu. Ilość i jakość jedzenia zaoferowana przez organizatora zdecydowanie wyrywa się z jakichkolwiek standardów dotąd obecnych na tego typu wydarzeniach. Poprzeczka zdecydowanie postawiona baaardzo,ale to bardzo wysoko. Sami oceńcie po zdjęciach.
 
Autor: Marcin Grudziński
Fotograf: Manuel Uribe
 
 
Partnerem maratonu jest Podkarpackie. 
 
 

 

do góry
Sklep jest w trybie podglądu
Pokaż pełną wersję strony
Sklep internetowy Shoper.pl